Agata Wróbel : nie czuje się lepsza od innych
![]() |
(fot. PAP) |
- Wiele osób na pewno myśli, że praca przy śmieciach jest poniżająca dla medalistki olimpijskiej. Ja się tym jednak nie przejmuję. Nie czuję się lepsza od innych - mówi Super Expressowi Agata Wróbel.
- Od paru lat miałam problemy z nadgarstkiem. Nie pomogły operacje. Trenowałam z bólem, chirurdzy stwierdzili, że nic już nie da się zrobić. Nie mogłam tak dłużej wytrzymać i w grudniu zdecydowałam się zakończyć karierę i zacząć nowe życie - rozpoczyna swe zwierzenia Agata.
Trenerzy chyba namawiali panią do powrotu do sportu…
- Tak, ale ja wybrałam jednak inną drogę. Po co miałam wznawiać treningi, skoro podźwigałabym ciężary jeszcze miesiąc lub dwa, a potem prawdopodobnie i tak bym zrezygnowała. Może wywalczyłabym kwalifikację olimpijską, a potem bym zrezygnowała, nie wytrzymałabym psychicznie. …..
Minister sportu twierdzi, że w ostatniej chwili wycofała się pani z rozmowy w ministerstwie.
- Wiedziałam, że wszyscy będą mnie namawiać na powrót do uprawiania mojej dyscypliny, a ja chciałam mieć to już za sobą. Pan minister Lipiec dał mi szansę na powrót, dostałam stypendium do końca grudnia, ale ja nie chciałam już wracać. Urwałam kontakty, pozmieniałam numery telefonów. Chciałam zakończyć pewien etap w swoim życiu i rozpocząć nowy. Chcę teraz żyć tak, jak żyją normalni ludzie. Postanowiłam znaleźć sobie pracę. Wyjechałam do Anglii i teraz zrozumiałam, jak moja mama musi ciężko pracować, aby zarobić na chleb. Pracowałam najpierw przy sałatkach, teraz przy sortowaniu śmieci.
W jaki sposób trafiła pani do zakładu sortującego śmieci?
- Pracę załatwiała mi Gosia. W ostatni piątek około 11 przyleciałam z Polski, a już tego samego dnia rozpoczęłam pracę na nocnej zmianie przy sortowaniu śmieci. Będę tam pracować jakieś dwa, trzy dni w tygodniu, aby mieć na przeżycie.
Jak się pracuje?
- Zmiany są dosyć długie. Zaczynamy pracę o 18, kończymy o 3 rano. Do tego dochodzą 3 godziny na dojście z domu do fabryki i z powrotem. W jedną stronę to około półtorej godziny, dlatego po nocnej zmianie jesteśmy w domu około 4.30 nad ranem.
Jakie są pani obowiązki w sortowni śmieci?
- Praca nie jest skomplikowana. Jedni wyciągają plastik, inni - papiery i szkło. Segregujemy materiały, które po przerobieniu są gdzieś wysyłane.
Zapach w magazynie z pewnością nie należy do najpiękniejszych?
- Da się wytrzymać. Najgorzej, jeśli przerwie się worek z nieposortowanymi śmieciami. Czasami zapach jest wtedy nie do wytrzymania. Raz byłam bliska zwymiotowania, ale na szczęście się powstrzymałam. Do tego dochodzą szczury szalejące po podłodze i po taśmie. Chłopcy starają się jak najszybciej je zabić, ale nie zawsze się udaje.
Naprawdę nie było możliwości, aby pozostać w Polsce?
- Ja nie chciałam zostawać, chciałam wyjechać. Może kiedyś będę miała jakiś związek ze sportem. Mogę jedynie potwierdzić na sto procent, że nie mam zamiaru już wyczynowo uprawiać podnoszenia ciężarów. Nie tak dawno dostałam propozycję wyjazdu do Japonii. Miałam otrzymać 300 tys. złotych za walkę, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone. Mój znajomy miał mnie przygotować do takiego pojedynku w pół roku. Nie chciałam jednak, bo w takiej walce wszystko się może zdarzyć. Można mocno oberwać po głowie, narazić się na poważną utratę zdrowia.
Działacze chcieliby, żeby została pani trenerem.
- To niełatwy zawód. Na szkoleniowcach ciąży ogromna odpowiedzialność. Nie jestem pewna, czy w chwili obecnej byłabym gotowa na podjęcie funkcji trenera.
Nie wiem też, jaka będzie moja przyszłość. Teraz jest jak jest. Mam pracę. Pracuje się i nie jest źle. Zawsze powtarzałam, że jestem normalnym człowiekiem i żadna praca nie hańbi. To nieważne, że jestem medalistką olimpijską. Jeżeli inni mogą sortować śmieci, to ja też mogę. Od czegoś trzeba zacząć. Skoro nie dorobiłam się na własnych śmieciach, to może dorobię się na cudzych (śmiech). wp.pl

